Pachnie studentom nagrzana mięta i pokrzywa, głośno grają świerszcze, ukryte w bujnych trawach...

 

OBÓZ NA GROBLI

 

Achill delikatnie przetrzymuje między palcami małego ptaszka, który wcale nie wystraszony popatruje na nas czarnym okrągłym oczkiem. - TO MŁODA ROKITNICZKA - tłumaczy chłopak - MA JESZCZE NIE ZNISZCZONE PRZEZ OSTRE TRAWY PIÓRA NA SKRZYDŁACH – pokazuje rozkładając je niczym wachlarz. Palcem głaszcze ptaszka, wyjaśniając na czym polega różnica między rokitniczką, a wodniczką. Ta druga ma trzy jasne pręgi na główce, a stworzonko wydobyte przed chwilą z woreczka, gdzie trafiło po złapaniu się w sieć, ozdobione jest tylko dwoma smugami. Rokitniczka jest już zaobrączkowana i po chwili Achill wypuszcza ją na wolność. Musi nawet ptaszka zachęcać, bowiem sam nie od razu chce odlecieć.

Siedzimy pod rozpiętą płachtą namiotu przy długim stole zrobionym z desek rozwalonej obórki, schowanej w gęstych zaroślach, za­rastających obejście opuszczonej rybaczówki. Sam dom to tylko wybebeszona skorupa murów, nawet podłóg już nie ma. Można się tylko domyślać, że namioty zoologów z bydgoskiej ATR ustawiono na podwórku. Wszystko jest tak zarośnięte krzewami czarnego bzu i chwastami, wyższymi od rosłych studentów, że trzeba w nich wydeptywać ścieżki niczym w dżungli. Obozowisko ulokowało się na jednej z grobli stawów w dolinie Noteci. W pobliżu jest wieś Występ, w oddali widać domy Nakła, a na południe od rozlewisk znajduje się Chobielin – Młyn – „rezydencja” Radka Sikorskiego, byłego wiceministra obrony narodowej w rządzie Jana Olszewskiego. Uczestników obozu to jednak nie interesuje. Dla nich ważne są jaszczurki, owady, ptaki...

- Dziś sam zaobrączkowałem 27 ptaków, wczoraj ponad 100 – z dumą opowiada Achill. Nazywa się Darek Górecki, ale już od szkoły średniej jest Achillesem, jak bohater „Iliady”. Na jesieni rozpocznie studia magisterskie na zoologii. Na wiosnę zdał bardzo trudny egzamin na obrączkarza ptaków w stacji ornitologicznej PAN w Górkach Wschodnich pod Gdańskiem. Z całej Polski zgłosiło się 19 osób, z tego 9 chciało wyspecjalizować się tylko w dwu – trzech gatunkach. Z całej grupy zdał tylko Achill wykazując się znajomością wszystkich ptaków. – Na obrączce trzeba podać oznaczenie gatunku, pomylić się można tylko raz. To jeszcze ujdzie. Jeśli jakiś ornitolog w świecie złapie kolejny raz źle oznaczonego ptaka, prawa do obrączkowania są cofane na zawsze. Lepiej wypuścić bez obrączki niż się pomylić – mówi.

W Polsce tylko 150 osób prawo do zakładania obrączek na nóżkę skrzydlatego wędrowca, w Bydgoskiem zaledwie trzech ornitologów: Wiesław Bagiński – wychowawca z MDK na Błoniu, opiekun koła Młodych Przyrodników, Roman Kucharski, jego wychowanek, a obecnie pracownik naukowy katedry zoologii ATR, no i od kwietnia Achill, czyli Darek Górecki – student. – Cały czas się uczę, ale im więcej ptaków widzę, że wiem coraz mniej...

Pod dach namiotu świetlico–jadalni zaglądają herpetolodzy – specjaliści od płazów. Opowiadają o znikających w zaroślach jaszczurkach. W prostokątnym plastikowym wiadrze z wodą pławi się zielona żabka. – Wczoraj po południu jeden z nich miał wykład o tych żabach – mówi mgr Piotr Indykiewicz – szef obozu. Zapanowaliśmy pół godziny, tymczasem trwał dwie i pół... Okazało się, że entuzjastą i znawcą zielonych żab jest Maciej, chłopak o mięśniach wypracowanych przez 8 lat uprawiania kulturystyki. Rambo przy nim wysiada! Nad herpetologami opiekę naukową sprawuje Piotr Zaleta, obrączkarze są pod skrzydłami Romana Kucharskiego. Tego lipcowego dnia nie było go jednak w obozowisku pod Występem. Pojechał z jeszcze jedna osobą w dolinę Brdy na obrączkowanie piskląt ukochanych zimorodków. Niebawem ptaki te przeżyją ogromny stres – martwi się Piotr Indykiewicz. Mogą przestać żerować znad rzeki przez kajakarzy.

Lipcowy upał tężeje. Jest trzynasta. O tej porze w tak gęstym powietrzu nawet ptaki nie chcą latać. Tylko pojedyncze sztuki, prawdopodobnie otępiałe od gorąca, dają się złapać w siatki, tak jak rokitniczka pokazywana przez Achilla. Piotr Indykiewicz prowadzi groblami nad prostokątny staw, z którego rybacy spuścili wodę. Utrzymała się tylko w najgłębszych miejscach. – Tutaj sieciami wybiera się ryby – tłumaczy.

Błotniste dno stawu zaczyna już porastać młoda trawa. Przez lornetkę polową i lunetę obserwujemy stado czajek, zrywających się do lotu. Wówczas w powietrzu migają czarno-białe skrzydła tych ptaków. Gdy siądą na ziemi, widać jasną plamkę u nasady dzioba, ciemną główkę z czubkiem, pod którymi są również białe pióra. Razem z czajkami nad noteckimi stawami kołują mewy-śmieszki i gołębie. Po chwili pojawia się czapla siwa. Zatacza majestatyczne szerokie kręgi nad naszymi głowami.

Pachnie miętą, rozgrzaną w upale, pokrzywami, dzikim kminkiem. Głośno grają świerszcze ukryte wśród bujnych traw...

W tym czasie studenci powoli schodzą się z różnych punktów obserwacyjnych do obozu, gdzie Ola i Beata, dyżurne tego dnia, przygotowują obiad. – To w nagrodę za trud 20-kilometrowej wędrówki wczoraj po łąkach i groblach – żartuje p. Piotr. Skąd zaopatrzenie? Podstawowe przywieźliśmy z Bydgoszczy, a po mleko i chleb chodzimy do sklepu w Występie. Wodę w trzech cysternach przywieziono nam z Potulic. Przez pięć godzin szukano nas po groblach. – Jedna cysterna jest już pusta – melduje Łukasz, 8-letni syn p. Piotra, spędzający z tatą wakacje. Jest też Gosia, córka siostry jednej ze studentek. Na tablicy w świetlico-jadalni tego dnia zapisano zadania nie tylko dla dyżurnych, ale także dla Magdy, Moniki, Doroty, drugiej Oli, Asi, Macieja – kulturysty znawcy żab zielonych i Jacka.

- Są tu studenci z I i II roku, Achill jest z IV, Maciej natomiast praktycznie już skończył studia, odłożył tylko obronę magisterki do października. – Przedłużam, żeby od razu nie iść na zasiłek – z gorzkim uśmiechem mówi chłopak. – Do koła zoologów młodzi sami się zgłaszają, staramy się nawet zniechęcić, żeby nie byli potem rozczarowani, że zapisanie się nie daje uprzywilejowanej pozycji u wykładowców. Dostają samodzielne zadania, na obóz jadą najbardziej wytrwali, nie bojący się żadnych trudów. W zeszłym roku na stawach ślesińskich komary chciały zjeść nas żywcem – opowiada p. Piotr. Teraz jakoś dają nam spokój. Może pomaga mięta palona w ognisku wieczorem?